Świadectwa

Ania Kozikowska

JEZU!

MARYJO!

Kocham WAS

Ratujcie dusze!

Zapraszam i całym sercem zachęcam, aby podjąć 33-dniowe przygotowania do złożenia Aktu Ofiarowania Panu Jezusowi przez Niepokalane Serce Maryi i rozpoczęcie całkiem nowej jakości życia: ŻYCIA ODDANIEM! ŻYCIA WOLĄ BOŻĄ, jak MARYJA! UMIŁOWANIEM BOGA OBECNEGO… KTÓRY ODDAJE SIĘ NAM CAŁY W NAJŚWIĘTSZEJ OFIERZE MSZY ŚWIĘTEJ … W EUCHARYSTII!

Anna Kozikowska – żona i mama 4 dzieci – bez granic oddana Jezusowi i Maryi Niepokalanej, propagatorka ruchu „niewolnictwa maryjnego” w oparciu o wskazówki św. Ludwika Marii Grignon de Monfort.
Razem z mężem założyła, prowadzi i animuje Wspólnotę Duchowych Niewolników Maryi przy Sanktuarium Matki Bożej Nauczycielki Młodzieży w Warszawie na Siekierkach. Inicjatorka i animatorka „Wieczorów z Maryją” oraz „Pierwszych Sobót dla Maryi” .
Od kilku lat organizuje i animuje 33-dniowe rekolekcje dla wiernych pragnących przygotować się do złożenia/odnowienia Aktu Ofiarowania Panu Jezusowi przez Maryję.
Opracowała Przewodnik „33 dni AD IESUM PER MARIAM” (Wyd.Apostolicum, 2018) dla duchowych niewolników Jezusa w Maryi.
Współautorka Przewodnika Mamo, tato, kim jest Pan Bóg?” (Wyd.Sióstr Loretanek, 2013) dla rodziców dzieci przygotowujących się do Pierwszej Komunii Świętej.
Prowadzi bloga o tematyce duchowej – pomaranczki.wordpress.com.
W parafii św. Anny w Wilanowie z jej inicjatywy od kilku lat są sprawowane Msze św. wotywne o Duchu Świętym w każdy pierwszy poniedziałek m-ca. Tam również założyła Bractwo Adoracyjne Najświętszego Sakramentu i przez kilka lat prowadziła parafialny tygodnik „Klimaty św. Anny”, pisząc artykuły o tematyce religijnej. Dzieląc się – wspólnym z mężem – zachwytem Eucharystią, razem napisali serię artykułów Przewodnik po Eucharystii” (dostępne na blogu „pomaranczki”). Razem wychwalają Boga i Maryję muzyką, śpiewem… życiem w służbie innym!
Zapraszamy też do wysłuchania konferencji pt. „Kocham Maryję”, którą Ania wygłosiła na VIII Podkarpackim Forum Charyzmatycznym w Krośnie w pierwszą sobotę listopada 2018 r. na zaproszenie organizatorów, by podzieliła się swoim świadectwem miłości do Maryi:

Marcin Kędzierski

Marcin Kędzierski świadectwo-obraz

 

Zawierzyłem wszystko Jezusowi i Maryi, także sprawy zawodowe…

Chciałbym opowiedzieć o ostatnich kilku latach mojego życia, o relacji z Bogiem, która uległa odmianie za przyczyną Maryi. Myślę, że byłem już wtedy, na samym początku tych przemian, typowym wiernym Kościoła, katolikiem, uczestniczyłem w niedzielnych Mszach Świętych, dzieci posłałem do katolickiej szkoły w trosce o ich życie duchowe. Jednak pamiętam dobrze, że moje życie religijne, zaangażowanie w budowanie relacji z Bogiem było dość umowne. Raczej jako bierny obserwator nie widziałem potrzeby modlitwy, ale też nie potrafiłem modlić się właściwie. Co ciekawe, widziałem, że wielu ludziom taki bliski kontakt z Bogiem jest dany, bywałem na spotkaniach wspólnoty, w której działała moja żona od wielu lat. Nie byłem jednak w stanie zbudować solidnej więzi z Bogiem ani w modlitwach wspólnych, do których byłem zachęcany, a czasem nawet przymuszany, ani poprzez modlitwę indywidualną, do której na szczęście nikt mnie nie zmuszał. Był to trudny czas i mocno zaważył na moim oglądzie świata, byłem osobą wierzącą, jednak bez mocy i darów Ducha Świętego. Uważałem się za kogoś mało zdolnego do religijnych przeżyć, niegodnego, momentami nawet winiłem się za to. Odmiana przyszła stopniowo, i jak to bywa z Bogiem, w prozaicznych, ale też niezwykłych okolicznościach. Podzieliłbym ją na etapy, jednak po pewnych wydarzeniach, zdecydowanych krokach stanowiących odpowiedź na Boże propozycje, następowała wielka zamiana. Dokonywała się ona na wszystkich poziomach, jakie sobie jestem w stanie wyobrazić i dotyczyła całości mojego życia, obejmowała zarówno przeszłość, jak i przyszłość. Może nie wszystko jeszcze, co czuję i przeżywam, zostało przeze mnie dotąd rozpoznane i przeżyte na tyle, żeby nazywać to po imieniu, oddawać Maryi i Bogu w publicznym świadectwie. Czuję jednak ogromną moc i wiem, że Matka przemienia mnie dzień w dzień, dotykając przeszłości, zranień, grzechów, zdolności i słabości. Przy tym bardzo delikatnie i najczęściej przy współpracy z Duchem Świętym działającym przez ludzi, przyjaciół oraz Słowo Boże trafiające zawsze w odpowiedniej i znaczącej chwili. Najwięcej jednak dzieje w mojej duszy podczas sakramentów, modlitwy, Eucharystii.

Jak to się zaczęło? Jako dzień przełomowy odnowienia relacji z Maryją uznałbym końcówkę roku 2014. Wtedy w mojej parafii na Sielcach odbyła się peregrynacja Matki Bożej Królowej Polski w Jasnogórskiej ikonie. Zdopingowany nauczaniem ojca paulina zdecydowałem się samodzielnie zawierzyć Maryi swoje problemy zawodowe. Jako wykonujący wolny zawód od lat nie potrafiłem zracjonalizować swojego statusu materialnego. Zdany na siebie, w niezwykle trudnych warunkach, jakich doświadczają ludzie mojej profesji, nie widziałem perspektyw, pomimo wieloletnich starań, zdobytego wykształcenia… Ponieważ w trakcie nabożeństwa można było przekazywać intencje Matce Bożej, postanowiłem skorzystać z okazji i poprosiłem o interwencję w moim życiu, składając wota w postaci wizytówek zawodowej i artystycznej – jako symboli mojej profesji oraz działalności artystycznej, którą się zajmowałem od lat. Była to pierwsza, jak się okazało, moja prośba do Maryi Matki.

Bóg jest cierpliwy i wymaga tego też od nas. Warto jednak zawierzyć i poczekać. Minęły cztery lata i nadeszła wiosna 2018, kiedy podobnie jak poprzednio, z wieściami od Maryi przybył kolejny ojciec paulin z Częstochowy. Tym razem po krótkich rekolekcjach zdecydowałem się podpisać Akt Oddania Pracy Zawodowej Maryi. Był to prawdopodobnie dodatek, aneks do najważniejszego Aktu Oddania Życia Matce Bożej, ale już znalazłem się w kręgu Jej działania, mocy bardzo zdecydowanie. Szybko, bo dwa miesiące później podpisałem już ten najważniejszy, zawierzając się Maryi bez reszty, co uczyniłem z radością, czując wyraźną zmianę w sercu, zainspirowany niezwykle delikatnie przez koleżankę, która chwilę wcześniej uczyniła to samo w swoim życiu. Czas, który później nastał i trwa do dzisiaj, przeszedł najśmielsze moje oczekiwania. Mało tu miejsca na relacjonowanie dzień po dniu setek sytuacji, kontekstów i wydarzeń, w których Mama poruszała, komunikowała i zachwycała mnie swoim wsparciem, radą, miłością. Działy się i dzieją rzeczy niezwykłe, przede wszystkim pokochałem modlitwę, komunikuję się (dostałem ten dar od Boga) bez pośrednictwa innych osób z Jezusem i Maryją, a także ze świętymi czy nawet bliskimi zmarłymi z rodziny. Podczas Eucharystii Bóg często dotyka mnie w Komunii Świętej wielkim wzruszeniem, pokazuje mi się w pojedynczych osobach, ich rozmodleniu, pokorze, zawierzeniu czy widocznym cierpieniu lub radości. Jezus jest dosłowny i bliski, ukazuje się co dzień i dotyka mnie w sprawach zwykłych tu i teraz. Dotyka spraw rodziny, życia osobistego i zawodowego. Pewnego dnia w połowie września zadzwonił do mnie niedawno poznany plastyk i namówił mnie nieoczekiwanie do wzięcia udziału w konkursie stypendialnym MKiDN. Po namyśle zdecydowałem się spróbować i przygotowałem szczegółową dokumentację – projekt 12 obrazów z wyraźnym przesłaniem religijno-patriotycznym. Jako hasło autorskiego projektu, które podaje się przy rejestracji dokumentów, wybrałem bez wahania TOTUS TUUS. W grudniu zapadła decyzja i przyznano mi roczne stypendium MKiDN. Od stycznia bieżącego roku jako stypendysta nie martwię się o finanse i maluję już kolejne obrazy z zatwierdzonego projektu. Skończyłem malować celę Rotmistrza Pileckiego, który ostatnie tygodnie życia poświęcił Jezusowi, teraz pracuję nad portretem „Inki”, będzie też św. Maksymilian Maria Kolbe i wiele innych obrazów. Wiem, że Maryja zdecydowanie i wyraźnie wkroczyła w moje życie. Odmienia mnie, daje siłę, radość i zdrowie. W dalszym ciągu mam w życiu problemy, gorsze dni, kłopoty i troski. Są w nich jednak bardzo mocno widoczni Pan Jezus i Maryja, którzy oświetlają moje życie nadzieją, prowadzą. Dzień w dzień. I dlatego warto zawierzyć wszystko Im. To jest najlepsze, co możemy zrobić. Oddać się Im ze wszystkimi najtrudniejszymi nawet problemami. Zaufać. Niech Maryja i Jezus mają szansę pomóc także w Twoim życiu!

Marcin Kędzierski, 03. 03. 2019 r.

Patrycja Zysk

Bóg i Maryja dali mi nowe życie

 Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Maryja zawsze Dziewica!

Pragnę podzielić się wielkimi cudami, jakie dzięki Nowennie Pompejańskiej wydarzyły się w moim życiu i w życiu moich bliskich.

Kiedy miałam 20 lat jako studentka wyjechałam do Irlandii. Mieszkałam w Wexford przez 7 lat, wracałam tylko na egzaminy, aby skończyć rozpoczęte studia. Wówczas przez siedem lat byłam w związku z mężczyzną, mieszkaliśmy razem, a ja nie widziałam nic złego w tym, że nie żyliśmy w czystości przedmałżeńskiej. Kiedy po raz pierwszy nie dostałam za to rozgrzeszenia, byłam rozżalona i zła na Boga! Krzyczałam i unosiłam się gniewem, bo przecież są ludzie, którzy postępują gorzej, a ja za coś takiego nie mogłam dostać rozgrzeszenia?! Teraz wiem, że grzech, zakrywając oczy człowiekowi, prowadzi go do jeszcze większej obłudy i kłamstwa. Szukałam księży, którzy udzielą mi rozgrzeszenia z tego, że mieszkam z chłopakiem. Nie było to łatwe, jednak czasem się udawało. Postanowiłam zatajać ten grzech, twierdząc, że nie robię nic złego. I tak przyjmowałam Chrystusa w Eucharystii… Kiedy teraz o tym myślę… Przecież to było świętokradztwo! Mam ciarki na plecach, kiedy wspomnę,  jak bardzo raniłam  Boga, tylko dlatego, żeby żyć wygodnie, mieć jakąś namiastkę związku i planów na założenie rodziny. A jednak te związki się rozpadały, a ja nie wiedziałam, dlaczego. Teraz wiem, że szatan to ojciec kłamstwa i obłudy, to największy oskarżyciel. On nas zna  i nie odpuści żadnej naszej słabości, będzie uderzał w najczulsze punkty naszej osobowości  i serca, po to, aby sprowadzić nas na złą drogę, a potem powoli niszczyć z powodu ogromnej nienawiści, jaką żywi do Dzieci Boga. Kiedy wchodzimy w grzech, nie myślimy o konsekwencjach, wręcz wydaje nam się, że nic złego nie robimy, a nawet jeśli czujemy wyrzuty sumienia, sądzimy, że Bóg przecież nam wybaczy. On wybacza grzechy, jest dobry i miłosierny, ale to my ponosimy konsekwencje, a za każdy grzech trzeba będzie odpokutować tu, na ziemi lub po śmierci. Wielką łaską od Boga jest możliwość odpokutowania za grzechy jeszcze podczas naszej ziemskiej pielgrzymki, ponieważ kara w czyśćcu jest o wiele bardziej dotkliwa. Bardzo polecam „Sekrety dusz czyśćcowych” bł. Anny Katarzyny Emmerich oraz książkę „Uwolnijcie nas stąd. O duszach czyśćcowych z Marią Simmą rozmawia Nicky Eltz”.   Książki, audiobooki i wiele przesłuchanych nagrań na YouTube, uświadomiły mi, że czyściec to czas prawdziwej i ciężkiej pokuty za grzechy.

Gdy utrzymywałam związki z mężczyznami, nie widziałam w sobie żadnej winy,  jednak kiedy relacja się rozpadała, miałam ogromny żal do Boga. Ciekawe, że kiedy postępujemy tak, jak nam wygodnie, nie pytamy Boga, czy postępujemy dobrze i czy Go tym nie ranimy. Jednak gdy wydarzy się coś niepomyślnego, obwiniamy Go za nasze porażki lub dopiero wtedy zwracamy się do Niego o pomoc. Burze i wstrząsy w moim życiu były darem od Boga, abym w końcu otworzyła oczy, nawróciła się i nie raniła Go więcej. Wiem, że On wiele razy mnie wołał, przysyłał do mnie ludzi, próbował zapukać do mojego serca, jednak  było ono pełne pychy, żalu. Nie wybaczyłam również tym, którzy mnie zranili.

Kiedy trwający 7 lat związek, który budowałam w Irlandii, rozpadł się, było ze mną bardzo źle. Gdy tamten chłopak odszedł, mój świat runął, często piłam alkohol, chodziłam na imprezy, pragnęłam zakrzyczeć ten ból… „Coś” ciągnęło mnie do dołu, nie potrafiłam się z tego podnieść, popadłam w depresję. Uśmiechałam się do ludzi, ale w sercu czułam pustkę. Przystąpiłam do spowiedzi i Komunii Świętej, jednak to jeszcze nie był czas  poznania przeze mnie Boga. Idąc do spowiedzi, nie otworzyłam się szczerze na Niego. Nadal nie potrafiłam wybaczyć sercem, nosiłam w sobie grzechy, z których się nie spowiadałam.

Byłam osobą wierzącą „po swojemu”. Wyśmiewałam ludzi, którzy mówili, że tabletki antykoncepcyjne to zło, utrzymywałam, że trzeba zamieszkać z facetem przed ślubem, żeby się przekonać, jaki on jest, że współżycie przed ślubem jest normalne, że każdy tak postępuje.  Chodziłam do kościoła w niedzielę, a przed większymi świętami szłam do spowiedzi i unikałam grzechu nieczystości, żeby móc przyjąć Pana Jezusa i mieć poczucie, że jestem dobrą katoliczką. Teraz wiem, jak wielki grzech popełniałam i jak okrutnie traktowałam Boga….

Zanim prawdziwie Go poznałam, spotykałam się z kolejnymi mężczyznami, próbując zbudować coś poważnego. Jednak, jak można zbudować poważny, piękny związek, żyjąc w nieczystości, bez szczerego błagania skierowanego do Boga o wybaczenie poprzednich grzechów, bez przebaczenia ran, które zostały mi zadane w dzieciństwie? Problem polegał na tym, że byłam bardzo poranioną dziewczyną, która nie potrafiła wybaczyć najbliższym zranień z dawnych lat. Były one początkiem mojego wejścia w grzech i zamykały mnie na wybaczenie. Ksiądz Dominik Chmielewski, ks. Piotr Glass, o. Augustyn Pelanowski, dr Wanda Połtawska oraz ks. Piotr Pawlukiewicz bardzo często mówili o tym, w jaki sposób zranienia, brak poczucia własnej wartości wpływają na późniejsze życie i otwarcie się na grzech. Szatan tylko na to czeka, na nasze świadome powiedzenie mu „tak” i odwrócenie się od Boga. Bardzo ciężko jest później dostrzec różnicę między dobrem i złem, trudno jest tak szczerze zawołać do Boga. Jedynie prawdziwa Komunia z Chrystusem, prawdziwa relacja z Nim i z Maryją pozwala nam dostrzec Jego plan, a także uczy nas zauważać ataki zła skierowane w naszą stronę.

Czas  prawdziwego otwarcia oczu i dostrzeżenia nagości swoich grzechów nastąpił kilka lat później, kiedy związałam się z innym mężczyzną. Tak bardzo chciałam, żeby to już był ten jedyny. Pragnę jednak zaznaczyć, że nigdy nie modliłam się o dobrego męża. Uważałam, że to tylko od nas zależy, z kim się zwiążemy i jakiego dokonamy wyboru. Jednak pamiętajmy, że to przecież Bóg nas stworzył i ma dla nas piękny plan, dla każdego z osobna. Z chłopakiem, którego poznałam, dość szybko rozpoczęliśmy życie w grzechu, zostawaliśmy u siebie na noc, nie chcieliśmy słuchać, że współżycie przed ślubem jest grzechem ciężkim, śmiertelnym. Kiedy się z tego spowiadałam, mówiłam: „upadłam, znowu popełniłam grzech nieczystości, ale staramy się przecież, nie mieszkamy ze sobą…”. Sama siebie usprawiedliwiałam, a to była pycha. Teraz wiem, że te  spowiedzi nie były ważne, ponieważ nie wypełniłam jednego z warunków Sakramentu Pokuty, czyli nie wzbudzałam w sobie mocnego postanowienia poprawy. Wiedziałam przecież, że poprawa nie będzie możliwa, a gdy sumienie mnie za bardzo „gryzło”, powtarzałam sobie, że inni też tak robią , a ja jestem dobrym człowiekiem. Bycie dobrym człowiekiem jednak nie wystarczy. Bóg powiedział „Wymagajcie od siebie i nawracajcie się”. Ja nie wymagałam niczego od siebie. Prawdziwa wiara to wierność Bogu pomimo trudności, to pełnienie Jego, a nie własnej woli. Długo nie potrafiłam zrozumieć, że należy się modlić o wypełnienie woli Bożej. Bałam się o to prosić, bo nie wiedziałam, jaka jest Jego wola, w końcu moje życie wynikało z moich wyborów, chciałam, żeby tak zostało. Codziennie w modlitwie „Ojcze Nasz” mówimy „Bądź wola Twoja”, ale  nie stosujemy się do tego, nie potrafimy rzeczywiście i całkowicie zaufać.  Gdy kiedyś powiedziałam koleżance, „Nie proś usilnie o męża, a zacznij się modlić o Bożą wolę, a On pokaże, jak piękny i wielki plan ma względem Ciebie”, odpowiedziała, że nie może tego zrobić, bo co, jeśli Bożą wolą jest to, żeby była już zawsze samotna? Nie potrafimy uwierzyć, że to, co On dla nas zaplanował, da nam szczęście.  Nie byłam w stanie szczerze zaufać Bogu, zawsze Go o coś prosiłam, ale wolałam modlić się o rzeczy, których potrzebowałam, a nie o wypełnienie Jego woli. Jak to okrutnie brzmi, ale taka niestety byłam i tak traktowałam naszego Boga, który tak bardzo nas kocha.

Bóg upomina się o swoje dzieci

Kiedy starałam się zbudować coś poważnego z nowo poznanym mężczyzną, zauważyłam, że im bardziej wchodzimy w grzech nieczystości, tym więcej jest w nas gniewu, zła, zazdrości, oceniania i oskarżania siebie nawzajem. Po wielu kłótniach, scenach zazdrości i okrutnych słowach, rozstaliśmy się. Wróciliśmy jednak do siebie, bo coś przyciągało nas do siebie bardzo mocno, ale wciąż nie budowaliśmy na Bogu, nadal żyliśmy w nieczystości i nawet się zaręczyliśmy. Myślałam, że to spełnienie moich marzeń. Prawie w ogóle nie żałowałam grzechu nieczystości.

O Nowennie Pompejańskiej dowiedziałam się, kiedy narzeczony po raz drugi mnie porzucił,  odszedł, jak twierdził, już na zawsze, a ja zostałam sama w bólu i tęsknocie. W tym ciężkim czasie miałam bardzo intensywne myśli samobójcze. Pragnęłam bliskości i normalnego związku, a byłam tak głęboko poraniona. Angażowałam się w chore relacje, w których mężczyźni tylko na chwilę okazywali mi zainteresowanie i odchodzili, a mój ból był jeszcze większy. Przyszedł czas, że chciałam ze sobą skończyć, rodzina nie wiedziała, co się ze mną dzieje, ponieważ nie mówiłam im prawdy, udawałam, że jestem zajęta, że jest dobrze. W gruncie rzeczy moje życie było wielką raną. Miałam ogromny żal do wielu osób sięgający czasów mojego dzieciństwa, nie umiałam sobie z tym poradzić i wybaczyć krzywd zadanych mi przez pewne osoby. Teraz wiem, że żal i brak wybaczenia jest źródłem naszego własnego cierpienia, ponieważ Bóg pragnie, abyśmy wybaczyli innym tak jak On nam wybacza, pragnie pokoju w naszych sercach.

Kiedy mój narzeczony odszedł, postanowiłam modlić Nowenną Pompejańską o jego powrót i nawrócenie. Przez pierwszy tydzień nic poważnego się nie działo, trwałam w modlitwie. Jednak później zaczęłam mieć koszmary, śnił mi się wielki wąż, który chce pożreć mojego narzeczonego, obok jednak stała Maryja, która swoim pięknym blaskiem odpychała zło. Śniły mi się dwie bestie uwiązane na łańcuchach, widziałam je jakby w otchłani, były one tak potężne i przerażające, że nie jestem w stanie tego opisać. Chciały one zakatować mojego narzeczonego, jednak chroniła go jakaś niewidoczna zasłona. Wiem, że to była moc Maryi. Czułam, że jest to moc znacznie potężniejsza niż siła tych bestii. To był pierwszy raz, kiedy przyśniła mi się Matka Boża, byłam pod wrażeniem tego snu, ale też bałam się. Pierwszej nocy, gdy zaczęłam Nowennę Pompejańską, coś mnie obudziło o godz. 3 w nocy. Po przebudzeniu nie wiem, dlaczego,  położyłam rękę na Piśmie Świętym, które znajdowało się przy łóżku.  Usłyszałam głos: „Ja się wszystkim zajmę, nie bój się, módl się i ufaj”. Czułam, że dzieje się coś bardzo ważnego i że za nic nie mogę przerwać modlitwy o powrót i nawrócenie człowieka, którego tak pokochałam. Kiedy przeczytałam, że odprawienie pięciu pierwszych sobót miesiąca jest wynagrodzeniem Maryi za wszystkie zniewagi, za ból, jaki zadajemy Jej naszymi grzechami, postanowiłam, że po  raz pierwszy od mojej I Komunii Świętej chcę znowu odprawić to nabożeństwo. W noc poprzedzającą pierwszą sobotę miesiąca, kiedy miałam rano pójść do kościoła, coś mnie obudziło i nagle zobaczyłam przy moim łóżku ciemną dużą postać, nie widziałam jej twarzy, jednak wiem, że miała ciemny duży płaszcz, czułam od niej przerażający chłód, taki, że każda sekunda przebywania w obecności tej istoty była nie do zniesienia. Nakryłam głowę kołdrą i zamknęłam oczy, ale to nie pomogło. Wciąż widziałam wielkie czerwone oko, wokół którego było wiele obrzydliwych odstających łusek, jakby wpatrywało się ono we mnie, nie mogłam pozbyć się wrażenia, że ta istota jakby mnie otaczała z każdej strony. Na drugim łóżku leżała osoba z rodziny, chciałam do niej zawołać, ale nie mogłam  wydać z siebie żadnego dźwięku, nie byłam w stanie nawet się poruszyć, miałam wrażenie, że coś trzyma mnie za szyję. Wtedy przypomniałam sobie słowa ks. Piotra Glassa, że szatan boi się Maryi i że gdy tylko z pokorą wezwiemy Jej imienia, Ona przyjdzie z pomocą. Czułam, że coś ściska mnie coraz mocniej za gardło, wtedy zaczęłam błagać w myślach „przyjdź, Maryjo, błagam Cię, przyjdź, pomóż mi, Maryjo!”. Nagle postać zniknęła.  Poczułam spokój, jednak długo jeszcze płakałam, nigdy wcześniej czegoś takiego nie przeżyłam. Potraktowałam poważnie to, żeby wynagrodzić Maryi za grzechy i odprawić pięć pierwszych sobót miesiąca. Szatan widział, że modlę się Nowenną Pompejańską, wiedział, że toczę walkę o nawrócenie swoje i narzeczonego. Wiedział też doskonale, że jeśli to ja z mocą Bożą wygram tę batalię, to straci dwie dusze i dusze tych, którzy za sprawą naszych świadectw się nawrócą oraz wyrzekną się szatana i grzechu.

Nie ustawać w modlitwie

Powoli zaczęliśmy do siebie wracać, choć nie było to łatwe, ponieważ mój narzeczony był pełen gniewu, a ja ze spokojem się za niego modliłam. On czasem chodził do kościoła, jednak od wielu lat nie przystępował do spowiedzi i Komunii Świętej. Kiedy poszłam do spowiedzi, dostałam ostrzeżenie, że jeśli będziemy razem, nie możemy popełniać grzechu nieczystości przedmałżeńskiej, że to nas zniszczy, że to szatan podpowiada ludziom, że nic złego nie robią, skoro i tak planują ślub. Jest to potężny grzech, ponieważ moje ciało należy do Boga i tylko z mężem mogę je dzielić w tak intymnej relacji. Nie posłuchałam przestrogi, a gdy tylko wróciliśmy do siebie, popadliśmy w grzech nieczystości. Początkowo miałam opory i wyrzuty sumienia, szatan jednak  prędko zamknął moje serce na poczucie winy, podpowiadając, że przecież na pewno zaczniemy planować ślub, że się przecież kochamy. Zerwaliśmy ten zakazany owoc i jedliśmy go ze smakiem.

Wspólne umilanie sobie czasu, powtarzanie, że będziemy razem już na zawsze, zaślepienie „miłością” całkowicie nas pochłonęło. Jednak ponownie pojawiły się problemy: zazdrość, gniew, brak zaufania. Zrozumiałam natomiast, że Bóg jest Bogiem ludzi wolnych, nie tych, którzy na pierwszym miejscu stawiają inną osobę. A ja stawiałam narzeczonego ponad Boga, i to był błąd. Tylko budowanie relacji na Bogu, na skale, w czystości i miłości, ma sens, bo kiedy pojawiają się fale, jedynie taki związek może przetrwać. My budowaliśmy na oddawaniu się sobie fizycznie i na ogromnym przywiązaniu emocjonalnym.

Wciąż jednak odmawiałam Nowennę Pompejańską za nawrócenie narzeczonego. Modliłam się tak piękną i potężną modlitwą, a jednocześnie grzeszyłam ciężko przeciwko Bogu i Maryi.  Pojawiły się silne wyrzuty sumienia! Podczas spowiedzi usłyszałam, że trwam w ogromnym przywiązaniu do grzechu śmiertelnego i dopóki z nim nie zerwę, nigdy nie poczuję pokoju i nie spotkam prawdziwie Chrystusa. Kapłan odmówił nade mnie krótką modlitwę, powtarzałam za nim, że wyrzekam się szatana i wszelkich grzechów. Płakałam jak dziecko i nagle poczułam, że to przywiązanie do grzechu mnie opuszcza, że jestem wolna, że z Bogiem mogę zacząć wszystko od nowa.

Prosiłam narzeczonego, abyśmy zachowali czystość przedmałżeńską. Najpierw powiedział, że to niemożliwe, że mężczyźnie w wieku 37 lat nie uda się znieść takiej próby. Jednak zrobił to dla mnie. Widziałam, że było mu ciężko, ale jednocześnie miałam pewność, że mu bardzo na mnie zależy, wierzyłam, że się uda. Zaczął nawet ze mną chodzić do kościoła i się modlić, jednak nie chciał przystąpić do spowiedzi i Komunii Świętej. Twierdził, że współżycie bez ślubu kościelnego to nic złego, że Bóg nam wybaczy. Tłumaczyłam, że odkąd wyrzekłam się tego grzechu, Bóg zabrał moje myśli samobójcze, że dzięki temu czuję się tak wspaniale, jak nigdy dotąd, jednak  to go nie przekonywało. Zabrał mnie do Częstochowy, twierdząc, że chce mi pomóc uwolnić się od działania złego, uważał, że on nie robi nic niewłaściwego, a to ja potrzebuję pomocy.  Tam bardzo się modliłam o jego nawrócenie i poprosiłam Maryję o uleczenie mojej choroby zespołu jelita drażliwego, którą miałam od wielu lat. Codziennie bolał mnie brzuch, czasem miałam wrażenie, że rozrywa mnie  od środka. Badania niczego niepokojącego nie wykazały, a lekarze za każdym razem dawali mi kolejne tabletki. Przyszedł czas, że przed każdym posiłkiem brałam garść leków i nie widziałam już dla siebie żadnej nadziei.

Kiedy w Częstochowie błagałam Maryję, aby mnie uleczyła, nagle zrobiło mi się ciepło w brzuchu, czułam, że dzieje się coś niesamowitego. Od tamtej pory już nigdy ten ból nie wrócił, zostałam cudownie uzdrowiona! Przyszła mi do głowy myśl, że teraz mam już tylko za to dziękować, okazać Bogu wdzięczność za to uzdrowienie.  Mam łzy w oczach, gdy o tym piszę. Maryjo, dziękuję Ci z całego serca za tak wielki cud i za uzdrowienie mnie z te choroby! Był to jeden z owoców Nowenny Pompejańskiej, a podczas jej odmawiania otrzymujemy ich bardzo wiele. Wówczas odmawiałam kolejną Nowennę Pompejańską o uleczenie poranień mojego narzeczonego.

W tym czasie atmosfera w moim domu nie była dobra, relacje z Tatą bardzo się pogorszyły. Zaczęłam z Mamą Nowennę do Matki Bożej Rozwiązującej Węzły za Tatę. Bardzo szybko przyszła odpowiedź, dlaczego niepokój wkradł się do naszego domu. Okazało się, że Tata ma nowotwór złośliwy. Byliśmy załamani, zaczęliśmy wielki szturm do nieba. Nowotwór szybko się rozprzestrzeniał, okazało się, że są przerzuty. Było źle, bardzo źle! Nagle część rodziny zaczęła wątpić w moc modlitwy, relacje się pogarszały, wydawało się, że im więcej modlitwy, tym następował większy niepokój. Wiedziałam, że to próba, działanie szatana, który nie znosi, gdy ludzie się modlą. Pojawiły się nawet myśli, czyli podszepty złego, aby przerwać modlitwę. Nie zapomnę tych długich wieczorów spędzonych na Różańcu w moim małym pokoju. Wyniki badań  Taty z bardzo złych nagle zaczęły się mieścić w normie. Nigdy nie zapomnę łez szczęścia, gdy się o tym dowiedziałam i wdzięczności  Bogu za ten cud. Tato jest nadal chory i walczy, jednak widzimy działanie Boga.

Nowenna przyniosła ogromne owoce. Zrozumiałam, że jeśli pragnę łaski, muszę wszystkim wszystko wybaczyć. Ciężko mi było, ale odważyłam się po raz pierwszy w życiu szczerze przeprosić członków mojej rodziny za wszystko, co w dzieciństwie uczyniłam złego. Oni też mnie przeprosili i to był ogromny przełom, prawdziwe działanie Bożej miłości i łaski. Płakałam, oni też płakali, wszystko sobie wybaczyliśmy. Łaska wybaczenia i pojednania to przepiękny owoc modlitwy różańcowej!

Całkowite zawierzenie Jezusowi przez Maryję przynosi pokój i radość

Narzeczony niestety nie zniósł pragnienia czystości, i choć to dobry człowiek, było między nami za dużo kłótni i nieporozumień. Wraz z siostrą, jej mężem i moją przyjaciółką zaczęliśmy odmawiać Nowennę do Matki Bożej Rozwiązującej Węzły, prosząc o wskazanie kierunku dla naszego narzeczeństwa. W ostatnim dniu nowenny narzeczony odszedł z ogromnym żalem do mnie, że to wszystko moja wina, mojej przemiany, że przecież nadal grzeszę, niby chcę żyć w czystości, a wciąż nie jestem idealna. Bardzo bolało, bo mężczyzna, którego kocham, odszedł. Nie wahałam się – rozpoczęłam trzecią Nowennę Pompejańską, tym razem o jego nawrócenia. Bóg jest miłosierny i postawił go na mojej drodze po to, abym podała mu rękę, kiedy będzie popadał w grzech. Ta modlitwa ma wielką moc i jest to jedyna rzecz, jaką mogłam mu dać, prócz mojej miłości. Dzwonił do mnie, mówił, że zaczyna czytać  o Bogu, że chce iść na Mszę św. z modlitwą o uwolnienie. Wierzyłam, że Bóg miłosierny go nie opuści, a dzięki Nowennie Pompejańskiej uratuje go od wiecznego potępienia.

Nie mam złudzeń, ta nowenna to potężna broń, potężna moc Maryi! Odkąd zaczęłam ją odmawiać, wszystko się zmieniło w moim życiu, zostałam uzdrowiona z choroby, którą miałam przez lata, minęła depresja i ustały myśli samobójcze, zerwałam z grzechem nieczystości. Jestem wolna, kocham Boga i wiem, że On nas kocha! Tak wiele lat nie potrafiłam znaleźć do Niego drogi, krocząc w grzechu, w końcu On tak po prostu podał mi swoją dłoń. Każdy, kto prawdziwie pozna Chrystusa, już nigdy nie będzie chciał żyć inaczej, niż tylko idąc za Nim! Kocham Cię, Chryste, Kocham Cię, Maryjo! Dziękuję za to, że uratowaliście moje życie.

8.12.2017 r.  przystąpiłam do Aktu Zwierzenia swojego życia Chrystusowi przez Maryję wg Traktatu św. Ludwika Marii Grignion de Montfort.  Moje życie już nigdy nie będzie takie, jak wcześniej, już nigdy nie będzie nijakie, będzie należało do Chrystusa i Maryi i tylko ich drogą pragnę iść.

Jeśli Bóg jest na pierwszym miejscu, wszystko inne jest na właściwym miejscu! Niech Was Bóg błogosławi! Pamiętajcie, nie bójcie się wypłynąć na głębię, tam czeka na Was Chrystus, jeśli Mu zaufacie, On uciszy fale na morzu Waszego życia i już nigdy nie będziecie się czuli samotni. On Wam pokaże, jak przejść przez każdy problem. On nas kocha i nigdy nie przestanie! Chwała Tobie, Panie za to, że jesteś i za to, że dałeś nam Maryję jako Mateczkę, która tak bardzo za nami tęskni i nas kocha! Chwyćmy wszyscy za Różaniec i nigdy nie wypuszczajmy go z rąk. Maryja tak bardzo potrzebuje naszej modlitwy, stańmy się Jej żołnierzami. Chwała Ci, potężna Maryjo, nasza wielka Królowo i Wspaniała Matko!

Mój narzeczony się nawrócił, przystąpił do spowiedzi i Komunii Świętej. Bóg go prowadzi, postanowiliśmy żyć w czystości, bo wiedzieliśmy, że to jest jedyna droga, na której On jest z nami. W listopadzie 2017 r., kiedy przygotowywałam się do zawierzenia  życia Chrystusowi przez Maryję, mój narzeczony pojechał do Gietrzwałdu*. Przypadkowo dowiedział się o tym miejscu i się w nim zakochał. Poczuł, że musi zmienić swoje życie. Maryja przemówiła do niego i go całkowicie odmieniła.

15.09.2018 r. wzięliśmy ślub kościelny. Bóg do końca pomagał nam wytrwać w postanowieniu dochowania czystości przedmałżeńskiej, jednak tylko z Jego wsparciem było to możliwe, codziennie razem modliliśmy się o siłę. Ślub był piękny i czuło się obecność Ducha Świętego i Maryi. Mam wspaniałego męża, którego kocham i wiem, że nasze nawrócenie to cud Nowenny Pompejańskiej, to cud Różańca i jego potężnej mocy!

Pojechaliśmy razem do Gietrzwałdu, aby podziękować Maryi za tak wielki cud naszej przemiany. Mój mąż często tam jeździ, aby w szczególny sposób spotkać się z Matką Bożą i dziękować za nasze nawrócenie. Gościom, którzy przybyli na nasz ślub, podarowaliśmy buteleczki z wodą ze źródełka pobłogosławionego przez Maryję. Wierzymy, że to Ona działa przez ręce wszystkich swoich dzieci.

Nigdy się nie poddawajcie, módlcie się, nie wypuszczajcie Różańca z rąk! Choćby każdy mówił, że już nie ma nadziei,  nigdy jej nie traćcie, bo Bóg może wszystko! Maryja Was nigdy nie zostawi. Niech Was Bóg błogosławi i dodaje sił do walki ze złem, bo to jest walka w imię Chrystusa, walka o nasze zbawienie.

I pamiętajcie, wszystko z Bogiem, nic bez Niego!

Amen.

Patrycja Zysk, luty 2019

*Gietrzwałd na Warmii jest miejscem objawień Matki Bożej (od  27.06.1877 r. do 16.09.1877 r.). Maryja ukazywała się dwóm kilkunastoletnim dziewczynkom – Justynie Szafryńskiej oraz Barbarze Samulowskiej. W czasie objawień Maryja prosiła przede wszystkim o odmawianie Różańca, a także o gorliwą modlitwę, dzięki której Kościół w Polsce nie będzie prześladowany. Maryja przedstawiła siebie „Jestem Najświętsza Maryja Panna Niepokalanie Poczęta”.  Z pobłogosławionego przez Matkę Bożą źródełka 8 września 1877 pielgrzymi od lat czerpią wodę, która posiada cudowne właściwości, dzięki niej nastąpiły liczne uzdrowienia i nawrócenia. W miejscu objawień zbudowano kapliczkę z figurą NMP. Objawienia w Gietrzwałdzie są jedynymi w Polsce potwierdzonymi przez władze kościelne.

Reklamy